W połowie lutego poleciałem do Dhaki. W Bangladeszu zorganizowano pierwsze od lat wolne i demokratyczne wybory parlamentarne. Dzięki młodym ludziom, czyli GenZ. Bo to oni dwa lata temu w wyniku krwawej rewolucji obalili i wygnali skorumpowaną premier Sheikh Hasinę.
Zginęło niemal 1500 Banglijczyków, a wybory i tak wygrała partia „starych”, czyli miliardera Tarika Rahmana. Widziałem wielką radość młodych ludzi i wspaniałe święto demokracji. Jednak słyszałem też o ponad 250 miliardach ukradzionych dolarów. Taka suma? W tak biednym kraju?
No właśnie. Czy Bangladesz jest biedny? Nie – odpowiada mi z uśmiechem młoda mieszkanka Dhaki. Dodaje, że są tu biedni ludzie, ale w rzeczywistości państwo jest tak bogate, że można w nim i ukraść miliardy i żyć w bajecznym bogactwie. Ale przecież, zgodnie ze statystykami, jest to jedno z najbiedniejszych państw na naszym globie. Spotykam ją dwa dni po wyborach w barze dla obcokrajowców i bogatych mieszkańców Bangladeszu. Siedzieliśmy na tarasie z widokiem na kort tenisowy i wielki plakat firmy handlującej odzieżą w Bangladeszu.
Nowy polityczny rozdział nie będzie raczej przełomem i nie przyniesie tak oczekiwanej zmiany dla biednych, żyjących za pieniądze z dnia na dzień. Czyli dziesiątków milionów… Być może kiedyś jakiś polityk wpadnie na pomysł, że warto się nimi zainteresować. Po co? By nie okazało się, tak jak w przypadku wygnanej premier, że tłum naciera już na jego rezydencję i musi uciekać w ostatniej chwili podstawionym helikopterem.



