Dziś poniedziałek, a to oznacza zmianę turnusu – po zagranicznym przyszła kolej na turnus city break, którego mam zaszczyt być ambasadorem – mówi Antek Pyzel 🙂 Zaszczyt tym większy, że city breaki to praktycznie jedyny sposób, w jaki podróżuję. Jestem z miasta (to widać?) i najlepiej czuję się tam, gdzie dużo się dzieje.
Najbardziej cenię sobię ten niezobowiązujący czas trwania, wpisany w istotę city breaku. Dla osób, które tak jak ja lubią spontaniczność, to bardzo wygodna forma wypoczynku – wakacje, nie wakacje, wystarczy wziąć dwa-trzy dni urlopu albo zamienić się z Kasią Pasierbik na poranne dyżury i można wyrwać się na chwilę z wiru obowiązków.
Nie jestem typem turysty, który odhacza z listy kolejne atrakcje i działa według ściśle określonego planu. Ten zazwyczaj powstaje podczas śniadania, kiedy pada pytanie „to co dzisiaj robimy?”. Jeden element zawsze się powtarza – chodzenie na ślepo po ulicach i uliczkach, w poszukiwaniu baru dla lokalsów, ciekawego graffiti albo piękna ukrytego w obdrapanej kamienicy.
Pretekst do wyjazdu zawsze się znajdzie 😉 Koncert The Strokes w Berlinie, mecz Euroligi w Stambule, albo wizyta kontrolna u kolegi, który jest na Erasmusie w Lizbonie i akurat ma wolną kanapę. Jak budżet nie pozwala na bilet lotniczy, szybki wypad do Trójmiasta czy Wrocławia (na zdjęciu z tamtejszym krasnalem) też spełnia swoją rolę.
Jakie miasta zrobiły na Państwu wyjątkowe wrażenie? Dla mnie szczególny był wspomniany Stambuł, mimo tego, że na miejscu zaskoczyła nas śnieżyca, na którą absolutnie nikt nie był gotowy… Ale o tym już opowiem na antenie 😉 Zapraszam do słuchania i dzielenia się swoimi propozycjami!
