W Polsce od 2022 roku obowiązuje akt o usługach cyfrowych (Digital Service Act, DSA). Czym jest DSA i jak wygląda w nim kwestia internetowej cenzury? Między innymi o to Michał Trantau pytał dr. Dorotę Głowacką, prawniczkę z Fundacji Panoptykon, w Popołudniówce Radia 357

Czy do internetu wkroczy normalność? I co ona ma znaczyć? DSA, które być może zostanie uchwalony, ma wprowadzić ograniczenia dla reklamodawców i inwazyjnych reklam, zwiększyć przejrzystość śledzących nas algorytmów, ustalić język regulaminów i określić zasady współpracy internetowych firm z organami ścigania. Rząd podpisuje się pod tym prawem, ale ociąga się z procedowaniem prawa.
Wolność słowa
Czy rzeczywiście czeka nas internetowa policja? - Mam nadzieję, że nie - powiedziała dr Dorota Głowacka. - Teraz polski parlament pracuje nad wdrożeniem DSA do polskiego prawa. Bo obowiązuje on od 2023 roku. Niektóre zasady aktu wymagają jednak dodatkowych aktów wykonawczych. I właśnie o nich mówimy, jako o koniecznych, by intencje prawodawców zostały spełnione. Chodzi o to, by wprowadzić mechanizmy, które, gdy są pewne niedociągnięcia, pokażą nam procedury działania.
Krytycy mówią o cenzurze internetowej. Czy nie grozi nam ona w dłuższej perspektywie? - Nakaz usuwania treści z internetu nie jest niczym niezwykłym. Jest przepis, który to reguluje, w kompetencji Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Prezes UKE będzie miał prawo blokowania niektórych nielegalnych treści. Zresztą jego kompetencje na fali procedowania zostały mocno ograniczone. Jeszcze w styczniu tego roku kompetencje były bardzo szerokie, dotyczyły szerokiego katalogu spraw, teraz zostały zawężone do 27 przestępstw, raczej należących do kategorii poważnych - powiedziała dr Dorota Głowacka.
Szybkość kontra sprawiedliwość
Włączona została także procedura autora treści, który będzie ich mógł bronić. - A na końcu decyzja prezesa UKE będzie mogła zostać skierowana do sądu. I co do zasady, do momentu rozstrzygnięcia, nie powinna zostać wykonywana, jeśli nie zostanie potwierdzona prawomocnym wyrokiem - wyjaśniła dr Dorota Głowacka.
Jak to ma się do tego, że news w internecie "żyje" 1-2 dni, a czasami zaledwie kilka godzin? Sprawy sądowe, zanim w ogóle coś do sądu trafi, są przecież rozstrzygane w dużo dłuższym okresie. - Mamy do czynienia z pewnym kompromisem. Szybkość i ochrona wolności słowa, to trzeba było jakoś pogodzić. Urzędnik nie powinien decydować o kontroli autorytatywnie. Od tego są sądy. Wiem, to może zająć trochę czasu, ale jest sprawiedliwy - dodała dr Dorota Głowacka.