Co dzieje się z powieścią Prusa, kiedy czytamy ją z dzisiejszym słownikiem seksu, klasy, wstydu, emancypacji i kapitału? I co dzieje się z nami, kiedy po latach, w dorosłości, wracamy do tej książki?

rysunek PAWEŁ PONICHTERA
Co najmniej od dwudziestolecia międzywojennego, kiedy stała się lekturą szkolną, Lalka przestała należeć do Bolesława Prusa. Przepisywały ją szkoła, kino, radio, krytyka literacka, internet i kolejne pokolenia czytelników. Wokulski bywa romantykiem, pozytywistą, ofiarą miłości, przedsiębiorcą, creepem i memem; Izabela – pustą lalką, zimną kokietką albo kobietą całkiem zasadnie przerażoną wizją małżeństwa dla pieniędzy. Im dłużej ta powieść żyje, tym mniej daje się zamknąć w swoich XIX-wiecznych dekoracjach. Dlatego najbardziej interesuje mnie dziś nie to, co Prus chciał powiedzieć, lecz to, co Lalka pozwala nam zobaczyć, kiedy przykładamy do niej własne, współczesne lęki, pożądania, języki i obsesje.
Wokulski nie przypomina aktorów wcielających się w jego postać w ekranizacjach Lalki. Nie wygląda jak Jerzy Kamas ani jak Mariusz Dmochowski. Nie jest podobny do Marcina Dorocińskiego i niewiele ma wspólnego z Tomaszem Schuchardtem. Mam swojego Wokulskiego, pierwszą miłość, pierwszy wzór – nie tylko erotyczny, ale też emocjonalny, zbudowany z lektury szkolnej. Dość wstydliwy, bo zidentyfikowany dużo później. Bohater milczący, godzien zaufania, niezawodny. Odróżniający się od innych szorstkością, ale też szczerością. Małomówny i nieskłonny do zwierzeń – bardzo mnie to pociągało, bo nie tylko tworzyło aurę tajemniczości i intelektualnej głębi, ale stanowiło również znakomity kontrast do niekończących się monologów moich kolegów o tym, co pili, co piją i co będą pić.
Lalka była lekturą w trzeciej klasie liceum, a więc zbiegała się z odbieraniem dowodów osobistych i pokonywaniem ostatnich trudności w zakupie alkoholu. W mojej szkole piwo uchodziło za delikatny i kosztowny trunek, większość żłopała jabole i wódę, często na przerwach – to wspomnienia z liceum w mieście średniej wielkości. Sceny salonowe, które czytałam, wymagały dużej wyobraźni, niektóre dylematy – jak to, czy na proszony obiad do Łęckich Wokulski powinien założyć surdut czy frak – budziły kompletne niezrozumienie.
Stach – choć jako nastolatka nigdy nie myślałam o nim, używając imienia – był wierny wyobrażeniu Izabeli, na niej skupiony, próbował ją uwieść i zdobyć. Ta myśl bardziej chyba niż sama postać wywoływała pierwsze impulsy pożądania, bo nie mieściła się w przestrzeni doświadczenia, w której co …
Cały tekst do przeczytania w Piśmie. Magazynie opinii