Idź do treści
Guru na Dzikim Zachodzie

#9 Wielki i różnorodny Teksas. Stan kowbojów, kosmosu i barwnej kultury

16.05.2025, 7’

Po Alasce największy stan w USA. Przyłączony do unii jako 28 z kolei. W Teksasie można spokojnie zmieścić dwie Polski, więc pytając kogoś jak wygląda Teksas, trudno spodziewać się sensownej odpowiedzi. Inaczej na południu, inaczej na północy, zupełnie inaczej na wschodzie i inaczej na zachodzie.

Wspominałem już o Houston - ogromnym centrum technologicznym. Mieście potędze, jeżeli chodzi o energetykę, rozwój technologii i przede wszystkim badania nad ochroną zdrowia. Ogromny kompleks zatrudniający kilkanaście tysięcy ludzi, dysponujący rocznym budżetem wysokości dwudziestu pięciu miliardów dolarów. Operacje związane z sercem zaczynają się tutaj co 3 minuty, a w wielu szpitalach i klinikach dokonuje się operacji wszelkiego rodzaju nowotworów.

Houston znane jest również, oczywiście, z centrum NASA. Centrum kosmicznego, które nadzorowało wszystkie załogowe loty Amerykanów w kosmos. Włącznie z tym z 1971 roku, kiedy w podróż na Księżyc poleciała załoga Apolo 13, ale miała poważne kłopoty z powrotem. To wtedy właśnie padły słynne słowa: "Houston, we have a problem".

San Antonio i amerykańskie Westerplatte

Kiedy jedzie się z Houston dalej na zachód, kolejnym dużym miastem na trasie jest San Antonio. Miasto znane m.in. z tego, że w 1836 roku miała miejsce bitwa, o Alamo, kiedy siły zbrojne Teksasu powstrzymywały przeważające siły meksykańskie pod dowództwem generała Santa Anna. Reduty nie udało się utrzymać, ale legenda pozostała. Coś na kształt naszej historii Westerplatte czy obrony Częstochowy przed Szwedami.

O San Antonio można jednak powiedzieć znacznie więcej. Zwróciłbym uwagę na Riverwalk, tereny nad rzeką San Antonio, które przekształcono lata temu w tereny przyjazne człowiekowi, przyjazne turystom. To tu znajdują się zrewitalizowane tereny, na których zbudowano restauracje, bary, sklepy, hotele. Wszystko zgodnie z przemyślanym planem zabudowy.

Niedaleko San Antonio spotkałem się z księdzem Krzysztofem, który już od dziesięciu lat jest proboszczem we Floresville. Świetnie się stało, że spotkałem się z nim teraz, bo jako pasjonat i miłośnik latania jest pilotem samolotowym. Dostał właśnie angaż w amerykańskich siłach powietrznych. Będzie tam księdzem, kapelanem i będzie realizował swoje dwa powołania. Przy pomocy księdza Krzysztofa udało się zajrzeć również na typową teksaską potańcówkę, gdzie ludzie z okolicznych wsi przyjeżdżają raz czy dwa razy w tygodniu, by pobawić się i potańczyć line dance, jak również inne tańce. Taka atmosfera możliwa jest chyba tylko tutaj - teksaska, kowbojska. 

El Paso. Świetna kuchnia i kulturowa mozaika

Na mojej drodze, już w zasadzie pod koniec Teksasu pojawiło się również El Paso. Miasto położone na samej granicy. Z Meksykiem, kiedy wejdzie się na wzgórza doskonale widać przejście graniczne i Ciudad Juarez - miasto, cieszące się swego czasu bardzo złą sławą. W ostatnich latach sytuacja uległa jednak poprawie i również w El Paso zrobiło się bezpieczniej.

Typowe miasto przy granicy. Codziennie, przez granicę  przenoszona jest i kultura, i zwyczaje, i produkty, i towary, tam wszystko się miesza. Amerykańskie, teksaskie, meksykańskie i inne. Wpływy mieszają się tutaj, dając znakomity rezultat. Bardzo znana jest kuchnia El Paso. Głównie, oczywiście, pod wpływem meksykańskiej kuchni, ale znaleźć tu można mnóstwo dobrych rzeczy.

Od El Paso moja droga będzie wiodła jeszcze trochę na zachód, ale już bardziej na północ, w stronę Arizony. Czekają tam na mnie kaniony, skały, wąwozy, wyżyny i płaskowyże i wszystko to, z czego Aarizona, a potem Utah są znane. To będzie pasjonujący czas. Zdjęcia zamieszczać będę na Facebooku: Life guru otwórz oczy, a relacje w radiu trzy pięć siedem poniedziałek, środę i w piątek o 6:50.